Opowiadania

Dom wśród topoli

I.

Poza miastem, na łagodnie zaokrąglonym wzgórzu, stał stary dom z czerwonej cegły. Rosły przy nim cztery olbrzymie topole nieustannie chwytające wiatr – dwie z lewej i dwie z prawej strony frontowej ściany. W promieniu kilkuset metrów nie było innego budynku. Być może dlatego zdawało się, że otaczał go podwójny, powietrzny krąg jakiejś magicznej ciszy.

Dom cechował się osobliwą, neogotycką architekturą. Mógłby przypominać ładny miniaturowy zamek, gdyby nie półkoliście wypukła, oszklona weranda, wbudowana w piętro i w skomplikowany sposób połączona z dachem. Górując nad południową stroną wzgórza, prawie każdemu patrzącemu na nią z oddali przywodziła na myśl dziwaczną morską latarnię porzuconą przez morze.

Od miasta, niby szara płachta rozłożonego na południu, wiodła do samotnego domu ulica. Właściwie ulica tylko z nazwy, bo za miastem bardzo szybko znikał jej miejski asfalt, a potem równie szybko pozbywała się betonowych, sześciobocznych płytek i dalej biegła już jako gliniasta i kamienista polna droga. Z lotu ptaka wyglądało to tak, jak gdyby miasto wypuszczało rozciągliwy nerw albo długą mackę, żeby objąć i pochłonąć tę uparcie indywidualną i uparcie nie dającą się pochłonąć budowlę.

Gdy ktoś zbliżał się ku domowi idąc tą właśnie, łagodnie wspinającą się na wzgórze, ulicą-drogą, już w odległości chyba stu metrów mógł za szybami werandy, jeżeli nie odbijało się w nich słońce, dostrzec parasolowate, ciemnozielone palmy, wielkie fikusy i wąskie, łukowato wygięte liście kalii. A kiedy bardziej się zbliżył, mógł w głębi między roślinami zobaczyć lśniąco biały, podłużny kształt. Niewielu mieszkańców miasta wiedziało albo raczej niewielu jeszcze pamiętało, że jest to owinięty w białe koce stary, sparaliżowany człowiek.

Stanisław Malicki zaczął chorować prawie trzydzieści lat temu. Choroba nie zawładnęła nim raptownie. Stopniowo, miesiąc po miesiącu, bezradnie się w niej pogrążał niczym w obezwładniającym grzęzawisku. Ostatecznie, zachowując nienaruszoną świadomość, upodobnił się cielesną egzystencją do zatrzymanej w rozwoju rośliny, której ruchy ograniczają się do wewnętrznego krążenia soków. Początkowo, dopóki o nim pamiętano, niektórzy jakoby mówili czy jedynie sądzili w myślach, że to kalectwo w jakiś pośredni, niejasny sposób wiąże się z jego niejasnymi, wojennymi przeżyciami, chociaż gdy zachorował, od zakończenia wojny upłynęło długie dwudziestolecie, a zajmujący się nim lekarze, gdyby usłyszeli o tych domniemanych związkach, zaprzeczyliby im stanowczo.

W rzeczy samej, o wojennych losach Malickiego nikt w mieście nie umiał nic pewnego powiedzieć. On sam zawsze starannie, nawet wśród najbliższych, omijał w rozmowach ten stykający się z wojną fragment swoich wspomnień, jak omijałby ognisko płonące na środku drogi. Pewne było wyłącznie to, że większą część wojny przeżył w jakimś niewielkim obozie niewolniczej pracy, położonym gdzieś na południu hitlerowskich Niemiec, w jednym z tych mało znanych obozów, których dźwięczne nazwy są najprawdopodobniej skazane na to, by zniknąć z pamięci lub pozostać nazwami cichych i zagubionych na mapach miasteczek. Krążyły pogłoski, że wiódł tam żywot nieco odbiegający od powszechnej barakowej wegetacji, to znaczy, że jakoby stał się więźniem złamanym, który wyparł się swojej ludzkiej godności. Inne wieści dopowiadały bezlitośnie, że kiedy wojska alianckie zajęły obóz, zastały oprócz niego jeszcze tylko kilkunastu wycieńczonych więźniów, którzy wkrótce w większości poumierali. Wrócił bez poważniejszych uszczerbków na zdrowiu, ale na potwierdzenie tych mrocznych rewelacji nie można już było znaleźć nic poza owym szczęśliwym powrotem. Dlatego z wolna wszelkie pomówienia wygasły jak wygasają fale po rzuceniu kamykiem w jezioro. Wydawało się zatem, że miasto bez oporów go wchłonie i ogarnie szarością zwyczajnych mieszkańców tak, iż nie będzie się od tej szarości różnił, wrośnięty w nią całym sobą. Do tego wszakże nigdy nie doszło.

Kiedy przybył z Niemiec, los wyraźnie mu sprzyjał. Zamieszkał u jedynego żyjącego krewnego, dzięki któremu znalazł dobrą pracę w zakładzie rzemieślniczym niedaleko rynku. Spotykał się więc z wieloma ludźmi i miał sporo znajomych. Jednak wszyscy oni dostrzegali w nim coś obcego, chłodnego i wyblakłego. Zdawał się zawsze poruszać w przejrzystej, gładkiej skorupce, albo określając to inaczej, wyczuwało się w jego wnętrzu kogoś drugiego, prawdziwszego, odizolowanego niby rozbitek na samotnej wyspie. Przypuszczano, że nigdy nie ulegnie pragnieniu, by założyć rodzinę. Życie nie byłoby wierne sobie, gdyby nie przywykło zadawać kłam podobnym domysłom. A istnieje ponadto i ta życiowa prawda, że im ludzie mniej się od siebie różnią, tym skuteczniej się odnajdują w każdych okolicznościach.

Ku ogólnemu zdumieniu, które szybko zmieniło się w zazdrość, ożenił się z Konstancją Branik – jedną z najbogatszych i najładniejszych kobiet w mieście. Również i ona otoczona była elastyczną powłoką obcości, lecz w odróżnieniu od jego wewnętrznego osamotnienia, jej wyobcowanie zawierało pewną łagodną wyniosłość, której przyczyną mógł być stary, stojący na wzgórzu za miastem dom – najważniejszy dla niej fragment świata, ukochana rodzinna własność. Ze szczęśliwego związku tych swoiście samotniczych natur narodziło się jedno dziecko – dorodny, czarnooki syn Edward.

Po zamieszkaniu z żoną Stanisław Malicki jeszcze bardziej wyobcował się z miasta. Choroba utrwaliła tę sytuację ostatecznie, bo w ciągu paru miesięcy całkowicie usunęła go z miejskiego życia. Odtąd zrósł się z domem z buraczkowoczerwonej cegły, stając się jego nierozerwalną częścią, niemal jakimś wewnętrznym organem.

Paraliż jedynie twarzy mu nie odebrał. Potrafił ruszać oczyma, zmieniać ułożenie brwi i nieznacznie rozchylać wargi, co wystarczało, żeby przyjmować pokarm, lecz żadnego słowa wymówić nie umiał. Słuch mu się niezwykle wyostrzył umożliwiając wychwytywanie i precyzyjne ustalanie położenia w przestrzeni źródła każdego, nawet najcichszego dźwięku, choćby znajdowało się ono w najdalszym zakamarku domu. Jednak podstawowego znaczenia nabrał dla niego wzrok, będąc już nie tylko główną bramą otwartą na otoczenie. Zmysł ten zdawał się łączyć go w ogóle z życiem podobnie jak pępowina łączy z życiem płód. Gdy opuszczał powieki, życie natychmiast jakby ulatywało z niego, ustępując pustej martwocie. Wówczas jego twarz sprawiała wrażenie wykutej w jasnoszarym piaskowcu. Oczy, z natury już bardzo ciemne, wraz z upływającymi latami paraliżu pociemniały mu mocniej, a kiedy się zestarzał, ich źrenice prawie zlały się z tęczówkami, tworząc jednolicie czarne, krystalicznie połyskujące bryłki. Czernią tą odcinały się one ostro od jasnej twarzy, perłowosiwych włosów i śnieżnobiałych wełnianych koców, którymi żona troskliwie go okrywała. Przy czym samo jego spojrzenie z biegiem czasu zyskało nowe specyficzne właściwości. Mogło bowiem, niby jakaś zastępcza istota albo druga jaźń, oddzielać się od unieruchomionego ciała, przez szyby opuszczać werandę i wędrować po południowej stronie wzgórza lub jak uskrzydlone szybować lepiej niż niejeden ptak.

Na werandzie przebywał prawie cały rok. Tylko w wyjątkowo mroźne zimowe tygodnie i słoneczne letnie popołudnia odwożono go do pokoju. Z niezmienną, z lekka dziecięcą niecierpliwością oczekiwał zniknięcia ostatnich śniegów i nadejścia wiosny. Ogarniane przez niego stęsknionym wzrokiem, odradzające się i rozwijające składniki przyrody, wszelkie widoczne z werandy łąki, krzewy głogu i czarnego bzu, nawiązywały z nim niezwykły kontakt, każdym przejawem swojego zielonego istnienia zdając się wnikać bezpośrednio do jego wnętrza. Wiosna, z początku pełna brudnych strumyków wypływających z odtajałej ziemi, jasnozielona od nabrzmiewających pąków i młodziutkich źdźbeł trawy, sztywnych i równych jak szpilki, z płynną stanowczością rozkwitała i przeistaczała się w lato, które równie płynnie gubiło się w jesieni. Każdy dzień przynosił jakąś zmianę na tej scenie życia i wszelką taką zmianę, choćby najdrobniejszą i niezauważalną dla nikogo innego, dokładnie notował w pamięci, porównywał z poprzednimi zmianami i tworzył z nich misterny łańcuch, długą, staranną kronikę.

W jego oczach również niebo było sceną swoistego życia i to nie mniej fascynującą. Za dnia życie to – oprócz drobnego dodatku ptasich lotów – przejawiało się w chmurach, w tych odwiecznie niepowtarzalnych kształtach, nieustannie się kłębiących, przelewających i pulsujących niby myśli jakiegoś rozmarzonego boga. Od zachodu chmury płynęły zazwyczaj wolno i majestatycznie niczym dumna armada królewskich żaglowców powracających ze zwycięskiej bitwy lub uroczysta procesja biało okapturzonych mnichów. Natomiast od południa zwykle gnał je wiatr porywisty i wówczas pędziły jak tabuny dzikich koni o rozwianych grzywach albo jak spękane tafle wiosennej kry sunącej z niepowstrzymaną siłą korytem wezbranej rzeki. Czasem, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, na opustoszały, stygnący błękit wypływała chmura o potarganych brzegach przeświecających porcelanową bielą. Jakby utraciwszy moc dalszego szybowania, zatrzymywała się niemal w zenicie, bezradnie wysuwała na wszystkie strony długie, wełniste, strzępiaste kosmyki, które z minuty na minutę stawały się coraz bardziej strzępiaste, wątlejsze, cieńsze, by zniknąć bez śladu. Wkrótce samo wnętrze chmury zaczynało się zmniejszać, topnieć, nabierać pajęczej przejrzystości, jeszcze chwila i, niby widmowy muślin, rozpływało się w błękitnym niebycie. Niekiedy znad przymglonego horyzontu wyłaniało się skłębione czoło cumulusa. Początkowo sinoczerwone i niepozorne, w miarę wznoszenia się ponad widnokrąg napełniało się srebrzystym blaskiem, nabrzmiewało, pęczniało i olbrzymiało. Cumulus z wolna wyjawiał i doskonalił swój przepych, skrzył się marmurowym blaskiem i delikatnie różowił na miękkich zaokrągleniach, przypominając gigantyczną śnieżną czapę zawieszoną w przestworzach. Lecz kopulasty wierzchołek wciąż mu się wybrzuszał, kłębił i rozrastał wznosząc się wyżej i wyżej, aby na szczytach nieboskłonu rozpłaszczyć się szeroko jakby pod niewidzialną zaporą i przybrać formę imponującego kapelusza – nieraz gniazda i zwiastuna burzy.

W bezchmurne noce życiem nieba były gwiazdy. Malicki nie odczuwał zbytniej potrzeby snu i mniej więcej do północy obserwował je przez górne szyby werandy. Wtedy owa przedziwna, zrodzona i rozwinięta w czasie choroby właściwość jego wzroku ujawniała się w pełni. Obecny w swoim spojrzeniu jak w łodzi, odpływał od bezwładnego ciała i zanurzał się w nadpowietrzną, kosmiczną noc. Czarnogranatowe niebo traciło pozór zamkniętej, dwuwymiarowej konstrukcji, odzyskując naturalną, nieogarnioną głębię, w której rozrzucone lampki gwiazd płonęły wszędzie wokół niego. Nie było dwóch równych wielkością, barwą czy jasnością. Niektóre rytmicznie rozbłyskiwały. W przestrzeni między nimi panowała doskonała cisza, podobna może do ciszy zamkniętej w lodowym pałacu. Ta jej krystaliczna doskonałość wywarła na nim wrażenie jakiejś nieuchwytnej kurtyny, za którą bezustannie przepływało tajemnicze, harmonijne brzmienie. Ilekroć całą mocą woli usiłował tę kurtynę przeniknąć, natrafiał na dobiegające z nieokreślonego kierunku, miarowe, głucho szeleszczące pulsowanie. I wciąż z takim samym rozczarowaniem uświadamiał sobie, że to pracuje jego serce. Magiczna łódź spojrzenia natychmiast powracała. Znowu odnajdywał siebie we wnętrzu oszklonej werandy, wśród palm i fikusów, starannie okrytego białymi kocami, bezwładnie leżącego albo siedzącego w dziwacznym, zaopatrzonym w kółka fotelo-łóżku, którego oparcie można było odpowiednio ustawiać specjalnym pokrętłem i suwakiem ze stalowymi ząbkami. Zamykał zmęczone oczy i zasypiał.

Budził się tuż przed świtem, aby z niezmiennie świeżym zainteresowaniem obserwować jego narodziny. Gdzieś z lewej strony, w przymglonej dali, na granatowoszarym i widmowo nierealnym styku jeszcze nocnego nieba i jeszcze nocnej ziemi, coś się czerwieniło i rozżarzało, wzrastając z niedostrzegalną płynnością, by rozlać się szeroką, miękką falą jak jezioro stopionej miedzi. Stopniowo ta rubinowa łuna rozjaśniała się i obejmowała coraz rozleglejsze połacie ustępującej nocy, rozpalając do czerwoności obrzeża ciemnych, wstęgowatych, równoległych do horyzontu obłoków, płomienistym blaskiem pełznąc powoli w kierunku wzgórza, rumieniąc rosnące na nim krzewy i wlewając się karminową przejrzystością na werandę. Pod białym kocem, nasyconym teraz świetlistym karminem, w głębi starczej piersi, serce zaczynało bić żywiej i mocniej, z bardziej zaakcentowanym, sprężystym rytmem. W ciepłe noce lufcik u góry był zawsze szeroko otwarty, lecz dopiero wówczas, na początku dnia, gdy trwała ta poranna, karminowa świetlistość, zdobywał się na głębokie, pełne oddechy, bo tylko o tej porze powietrze miało wspaniały, winny smak, najbardziej świeży i odprężający.

Wkrótce potem w domu budziło się życie, które – jak to zwykle bywa w większości starych i spokojnych domów – wytworzyło sobie własny, dla wszystkich domowników wygodny dzienny plan. Stanisław Malicki tak bardzo zespolił się z domem, że zdawał się świadomością przenikać go równie dogłębnie jak stare drzewo przerasta korzeniami glebę pod sobą. Umiał więc bezbłędnie wyczuwać chwilę, kiedy w pokoju na parterze wstawała z pościeli jego żona, Konstancja, kiedy otwartymi dłońmi przecierała twarz, jakby chcąc usunąć z niej resztki snu, i kiedy drewnianym grzebieniem wygładzała perłowobiałe, nadal niezwykle gęste włosy. Następne jej czynności były prawie nie zmienione od czasu, gdy zachorował. Stopnie odwiecznie używanych, dębowych schodów, łączących parter z piętrem, łagodnie trzeszczały pod jej skórzanymi pantoflami obszytymi króliczym futerkiem. Cicho otwierała szklane drzwi i podchodziła do niego, wysoka, szczupła, w bladoniebieskiej nocnej koszuli i w jabłkowozielonym, pikowanym szlafroku, jeszcze emanująca miękkim, miłym ciepłem łóżka. Na otoczone siateczką zmarszczek, wąskie usta kładła jasny uśmiech i błyskiem serdecznego spojrzenia wymieniała się z mężem. Mówiła kilka ciepłych słów, sprawdzała, czy jego głowa leży wygodnie na wałku oparcia, nieznacznie zmieniała położenie bezwładnych, chłodnych rąk i poprawiała koce, chociaż było to niepotrzebne, bo przecież nie mógł się poruszyć. Wtedy już całkiem uspokojona wracała na parter, aby się przebrać i przygotować śniadanie.

Zaraz po tych odwiedzinach przychodziła pielęgniarka poruszająca się z lekkością motyla mimo dosyć okazałej powierzchowności. Opróżniała mu basen, przynosiła ręcznik, gąbkę, miskę z ciepłą wodą i obmywała sparaliżowane ciało, a miejsca zagrożone odleżynami smarowała specjalną maścią. Ona też, niczym najlepszy fryzjer, wprawnie goliła go brzytwą, nucąc przy tym jakąś religijną pieśń.

Posiłki – zawsze w postaci papek albo zup z dokładnie przetartą zawartością – przyrządzała mu Konstancja i najczęściej sama go karmiła. Płynąca w jej żyłach znaczna domieszka arystokratycznej krwi, mająca źródła na dalekiej, przesyconej słońcem ziemi, dawała znać o sobie również w tej czynności. Stawiała przy mężu stoliczek z talerzem i siadała obok na pięknie wyplecionym z wikliny krześle. Nie spiesząc się, z jakąś surowa szlachetnością, sztywno trzymając proste plecy i nie poruszając głową, wkładała czubek łyżki między jego lekko rozchylone wargi, a jeśli drobiny pokarmu lepiły się do nich bądź wyciekały kącikiem ust, cierpliwie, z tą samą surową szlachetnością zgarniała je łyżką lub wycierała lnianą serwetką.

Nigdy nie użalała się nad swoim losem. Kalectwo męża tylko jeszcze bardziej ujawniło i rozwinęło wszelkie jej duchowe zalety. Rodzinne gospodarstwo prowadziła z niezrównaną energią i skrupulatnością. Unikała jednak narzucania swojej woli, a każdą poważniejszą życiową przeszkodę starała się pokonać cierpliwością. Nade wszystko ceniła rodzinną harmonię. Teraz, na stare lata, mogła z dumą zaświadczyć, że potrafiła tę harmonię osiągnąć.

Zdawało się, że nic nie przeszkodzi temu, by życie, jakie wiodła z mężem upływało dalej w swoim zwykłym, uporządkowanym, szlachetnie wyciszonym rytmie aż do nieodwołalnego kresu. Ale los lubi chować w zanadrzu najbardziej zaskakujące i drwiące z ustalonego porządku karty... Oto nadszedł kolejny zwyczajny maj, lecz dom samotnie czerwieniejący na wzgórzu stał się świadkiem czegoś tak szokująco nieprawdopodobnego, że mało kto się trudził, aby w to uwierzyć, a co dla Konstancji na zawsze pozostało głębokim wstrząsem.

II.

Chłodna majowa noc powoli zbliżała się do końca, mimo że jeszcze nic na to nie wskazywało. Wiosennie namiętna, krótka burza odpływała na zachód wśród słabnących rozbłysków i głuchych, zamierających w oddali grzmotów. Nasiąknięte mrokiem, potargane chmury rozsunęły się na wszystkie strony. Nad śpiącym miastem rozłożył się szeroki wachlarz wygwieżdżonego nieba. Odświeżone po ulewie powietrze było tak nieruchome, że gdyby drzemiący na gałęzi klonu gołąb zgubił najlżejsze pióro, spłynęłoby ono idealnie pionowo na ławkę obok pnia. Na chodnikach i jezdniach widniały liczne kałuże, w których lśniły gwiazdy i uliczne latarnie.

Grudkiewicza obudziło stukanie w boczną szybę samochodu. Zanurzony w płytkim śnie, wyraźnie słyszał, jak staw wskazującego palca uderza w szkło. Rozejrzał się, ale na zewnątrz nie było nikogo. Spojrzał na podświetlany samochodowy zegar. Był zdumiony, że drzemał równie krótko. Nogi miał jakby z drewna i wydawał się przyrośnięty do siedzenia. Z ulgą wyprostował kolana wychodząc na chodnik. Natychmiast poczuł wilgotny chłód. Niemal pod szyję zasunął zamek w kurtce. Pomasował obolały kark i ujrzał nad sobą morze gwiazd. Wielokrotnie już przetrawiane myśli znowu zaczęły go ogarniać, niby pełznące bezszelestnie węże. Na próżno usiłował je wypchnąć ze świadomości. Zapalił papierosa i oparł się ramieniem o betonowy słup, wydychając parę zmieszaną z dymem.

„Jabłkowa Agnieszka... Jabłkowa... Jabłkowa...” – powtarzał w myślach, a były to słowa tak pusto brzmiące jak wahnięcia tekturowego dzwonu. Niegdyś lubił ją kojarzyć ze wspaniałymi papierówkami, które dojrzewały w sadzie ojca. Przepadała za nimi, a kiedy je jadła, odginała mały, kształtny palec z sobie tylko właściwą zalotnością. Również jabłkowa, bo najlepiej było jej do twarzy w zielonych rzeczach. A gdy chodząc w ciąży nosiła jasnozieloną, luźną sukienkę z krótkimi, szerokimi rękawami, nazywał ją swoim zielonym jabłuszkiem.

Nim po raz kolejny zaciągnął się papierosem, kawałek wypalonego tytoniu sam się odkruszył i spadł na brzeg małej kałuży. „Czy to możliwe?.. Czy możliwe?..” – zastanawiał się bezradnie. Znów głęboko wciągnął do płuc gorący tytoniowy dym. A czemu miałoby być niemożliwe? Czy nie trafniej zapytać, dlaczego nigdy nie odstąpił od dziecinnej wiary w to, że na tym świecie są jeszcze jakieś porządne reguły? Jak mógł się przez tyle czasu nie różnić od naiwnie ufnego ślepca? Oni oczywiście bezlitośnie to wykorzystali. Ale gdyby nawet kiedykolwiek podejrzewał Agnieszkę, to w żadnym razie nie pomyślałby o Jurku. Znał go od podstawówki. Najwierniejszy kumpel. Później został przyjacielem rodziny. Był obecny na prawie każdej rodzinnej uroczystości. Niezmiennie uśmiechnięty, trochę głupio dowcipny, po swojemu swobodny. A schludny do przesady. Zwykle ubrany w jasny, elegancki garnitur. Jednak to zbytnio nie poprawiało jego wyglądu. Cierpiał na nadczynność tarczycy. Wodniste oczy miał nienaturalnie wypukłe. A ponadto twarz mu szpeciły szerokie blizny – ślady po wypadku samochodowym, w którym tylko cudem nie zginął. Bez wątpienia, Jurka trudno byłoby posądzać.

Zaczęło łagodnie wiać. Papierosowy dym tworzył teraz poziomą, szybko się rozwiewającą smużkę. Wciąż w zamyśleniu oparty o słup, poczuł, że papieros parzy mu palce. Z szeleszczącej paczki wyjął nowego. Płomień wyskoczył z zapalniczki dopiero za czwartym razem. Nie powinien się denerwować. Nie jest pierwszy i nie ostatni. To w dzisiejszych czasach banalna sprawa. No i kierownica nie lubi nerwów. Wypuścił przez usta strumień dymu i ponownie spojrzał w górę. Niebo powlekło się cieniutką mgłą, lecz gwiazdy nie przygasły. „Zapowiada się słoneczny dzień. Po południu zabiorę Mariuszka nad jezioro. Uwielbia wędkować. Zdrzemnę się, a on będzie mnie szturchał w ramię, kiedy spławik się kiwnie” – pomyślał.

Atmosfera panująca w jego domu stawała się od kilku tygodni coraz trudniejsza do zniesienia, pełna dusznego napięcia. Koncentrowało się ono zwłaszcza w porze obiadu. Agnieszka – niby doświadczona kelnerka – z nienaganną dokładnością i obojętnością podawała do stołu. Poruszała się sprężyście i pospiesznie. Otaczała ją aureola zimnego rozdrażnienia, które z najbardziej błahego powodu wybuchało podniesionym głosem szukającym kłótni. Wyczuwał jednak, że ten ponury nastrój niemal zupełnie jej nie przenikał skupiając się niejako na powierzchni skóry i że wewnątrz była pogodna, odświeżona, a nawet ustawicznie uśmiechała się do siebie. „Mężczyźni nie są zdolni do czegoś takiego” – rzekł w myślach i znowu wydmuchnął z ust skłębioną falę dymu. Przypomniał sobie, jak to niedawno – nie wiadomo czemu, bo wtedy nie miał pracy – obudził się nad ranem. Świt już zaczynał usuwać mrok z sypialni. Ostrożnie się podniósł i wsparł na łokciu, aby lepiej widzieć śpiącą żonę. Leżała na wznak, do połowy odkryta i jakoś dziwnie przegięta w biodrach. Twarz miała zwróconą ku niemu, więc mógł się do woli wpatrywać w jej delikatnie uśmiechnięte wargi, w spokojnie i dumnie czerniejące brwi, w powieki pełne dziecięcej niewinności i przyjemnego oddalenia. Patrzył tak na nią, cały obolały z bezradności, dopóki pierwsze promienie słońca nie wspięły się na jej policzek. „Jaki to dzisiaj banał. Spędzasz z kimś najbardziej ci bliskim spory kawał życia i nagle odkrywasz, że tak naprawdę to nic o nim nie wiesz” – pomyślał i rzucił nadpalonego papierosa w kałużę, w której na chwilę zafalowały iskierki gwiazd. Po kilku minutach wezwano go przez telefon i pojechał w kierunku dworca.

Miasto, mimo że stosunkowo duże, pogrążone było w martwocie prowincjonalnej nocy. Za szybami samochodu przesuwały się kamienice zanurzone w mroku, sunęły wielkie kasztanowce z mnóstwem kremowych, stożkowatych kwiatostanów, odpływały opustoszałe, mokre ulice i place, a mlecznobiałe światła latarni jeszcze potęgowały tę śródmiejską samotnię. Wspomniał kobiecy głos w słuchawce i nieco przyspieszył.

Stała na krawężniku, oblana miękkim światłem napływającym z dworcowego budynku. Była smukła, ubrana w beżowy, elegancki płaszcz, trzymała modną czarną torebkę i niedużego psa na smyczy. Zahamował tuż przy niej. Gdy spokojnie wsiadała, zobaczył, że jest wyjątkowo ładna i ma nie więcej niż dwadzieścia parę lat. Dawno nie widział podobnie wspaniałych, czarnych włosów. Zatrzasnęła drzwi i ruszyli. Mijane latarnie rozjaśniały wnętrze samochodu bladym, pulsującym blaskiem, wystarczającym, żeby wszystkie rysy jej twarzy były widoczne w samochodowym lusterku.

– Do Studziennej dobry szmat drogi. Gdyby nikt nie przyjechał, musiałaby pani czekać do rana na stacji – zauważył niby mimochodem.

– Gdyby nikt nie przyjechał, poszłabym pieszo – odparła z uśmiechem. – Spacer dobrze by mi zrobił po długim siedzeniu w pociągu.

– Nie bałaby się pani? Nasze miasto nocą bywa nie całkiem bezpiecznie opustoszałe – powiedział zerkając w lusterko, na jej ładne ciemnobrązowe oczy i sympatyczny krągły nos.

– Dotychczas mnie nie napadnięto, więc zapewne i tym razem do niczego by nie doszło – wyjaśniła beztroskim głosem. – Zresztą, mój kochany Filon na pewno by mnie obronił. Prawda, Filonku? – obróciła ku sobie głowę spaniela trzymanego na kolanach i pogładziła go po nosie opuszką wskazującego palca.

– Nie ma pani bagaży. Może jakieś nie zapowiedziane odwiedziny?

– Ależ nie. Tylko nie oczekiwany powrót. Mam już taką kapryśną naturę.

– Zazdroszczę. Zawsze chciałem mieć chociaż trochę rozkapryszoną duszę, ale nic z tego. Pani się uśmiecha? Naprawdę. Życie nie pozwala, a dusza nie umie – wyznał.

– No to z pana prawdziwy wyjątek. Mężczyźni, których znam, są okropnie rozkapryszeni. Znacznie bardziej niż ja.

– Mąż też, jeśli wolno spytać?

– Mąż? – zaśmiała się. – Dotąd nawet nie natrafiłam na ślad odpowiedniego kandydata. A poważnie? Mam, jak sądzę, jeszcze sporo czasu na znalezienie męża. Na razie wystarczy mi przyjaźń psa. On przynajmniej nigdy nie skłamie.

– Ma pani rację. Moja mądra babcia zawsze powtarzała, że małżeństwo to ostatnia rzecz, z którą warto się spieszyć. I sama była przez sześćdziesiąt lat szczęśliwą żoną. Jestem pewny, że pani, tak interesująca kobieta, spotka we właściwym czasie właściwego człowieka.

– Nie spodziewałam się, że ktoś jeszcze tej nocy powie mi coś tak miłego.

– A czy ja się spodziewałem odwozić kogoś tak uroczego? – powiedział zadowolony z jej delikatnych rumieńców.

Wspólna jazda dobiegała kresu. Łagodnie wziął zakręt i wjechał między stare, gęsto rozgałęzione klony, tworzące na ulicy Studziennej istny tunel z połyskliwych, młodziutkich liści. Zatrzymał się przed dużym, zapewne kilkudziesięcioletnim domem, który – częściowo zanurzony w słabym, żółtawym blasku dziwnie maleńkiej latarni i teraz częściowo oświetlony samochodowymi reflektorami – wyglądał nad wyraz malowniczo, wręcz baśniowo nierealnie. Zapłaciła, podziękowała i bez pośpiechu, eleganckim krokiem, oddaliła się od samochodu, a przy niej dreptał brązowy cocker-spaniel z radośnie otwartym pyskiem. Nie ruszając, Grudkiewicz obserwował, jak wchodzi na ganek, jak manipuluje kluczem, jak znika za drzwiami, których półkolista szybka natychmiast się rozjaśnia niczym połowa księżyca. Położył otwarte dłonie na kierownicy, skurczył i rozkurczył palce, westchnął i udał się w powrotną drogę.

Asfalt przed samochodem zlewał się w stalowoszarą rzekę. Przejeżdżane kałuże opryskiwały puste chodniki. Nocne powietrze, niby olbrzymia ćma, szumiało za uchyloną boczną szybą. Przysypane mrokiem dachy i korony drzew ulatywały w tył wśród nieruchomych gwiazd. Na placu Wolności znajdowała się oryginalna fontanna – jedna z niewielu rzeczy, z jakich miasto to było szeroko znane. Wyrzeźbiona w czarnym bazalcie, miała kształt anioła wysokiego na cztery metry. Anioł uśmiechał się z jakimś ironicznym smutkiem, wysoko nad głową wznosił złożone ręce i spomiędzy palców wypuszczał wachlarz wody. Właśnie przy tej fontannie zahamował na żądanie dwóch chłopaków, może siedemnastoletnich. Wyższy był szczupłym blondynem o pociągłej twarzy naznaczonej licznymi wypryskami. Gdy wślizgiwał się na tylne siedzenie, sprawiał wrażenie podchmielonego. Niższy miał ciemne włosy zaczesane starannie nad jasną, szlachetnie ukształtowaną twarzą o bardzo ładnych, czarnych oczach. W przeciwieństwie do wyższego wydawał się zupełnie trzeźwy i bardziej skupiony.

– Tylko dobrze zamknijcie drzwi – rzekł do nich Grudkiewicz. – Nowy zamek. Jeszcze nie całkiem wyrobiony. No to gdzie jedziemy?

Wymienili się krótkimi spojrzeniami.

– Witkiewicza 63 – odparł jasnowłosy, prawie nie poruszając górną wargą, która uwypuklała się dziecinnie pod rzadkim, szczeciniastym zarostem.

– A piechotą byłoby zbyt ciężko?

– Spieszymy się. Mamy umówione spotkanie. – z dziwną powagą w głosie wytłumaczył ciemnowłosy.

Wtedy w Grudkiewiczu obudziło się niedobre przeczucie, ale całkowicie je zlekceważył. Jak niemal każdy człowiek, on również nie wierzył, że akurat jemu i akurat teraz może przytrafić się coś złego czy najgorszego.

– Ojciec by mi pokazał, gdybym w waszym wieku umawiał się po nocach – zauważył tylko.

Chciał nawiązać jedną ze zwykłych samochodowych rozmów, lecz za plecami wyczuwał mur niechętnego milczenia, tak twardy jak cisza nieobecności. Równocześnie poczuł nieprzyjemne osamotnienie. Droga jakoś mu się dłużyła. Nigdy dotąd nie czuł się tak zmęczony pod koniec pracy. Kilkanaście razy kołami druzgotał majowe gwiazdozbiory zastygłe w kałużach, a plątanina uliczek wokół rynku wydawała się nie mieć końca. Przejechał wreszcie aleję Szymanowskiego i skręcił w ulicę Witkiewicza, która przecinała kraniec miasta wysunięty najdalej na północ. Stały tam ponure czteropiętrowe kamienice, z których wiele czekało na wyburzenie. Nocą posępny nastrój tej ulicy jeszcze narastał, bo latarni było na niej mało i w dodatku nie wszystkie świeciły. Gęsty jak smoła mrok wspinał się po ścianach i sięgał aż do kominów, dlatego bryły kamienic zamieszkanych nie różniły się od tych wymarłych, pełnych wewnętrznej ruiny i bezowocnych wspomnień. Zatrzymał się przy okropnie postrzępionym żywopłocie, pod słabo jaśniejącą latarnią. Poczucie nieprzyjemnego osamotnienia bardziej w nim się pogłębiło. Nim zdążył zdjąć dłonie z kierownicy, w jego czaszce wybuchnął jaskrawy ogień. Odwrócił się z grymasem bólu zmieszanego ze zdumieniem i wówczas kolejne uderzenie złamało mu nos. Krzyknął, a raczej ochryple jęknął, zasłaniając twarz drżącymi palcami. Pod następnymi chaotycznymi ciosami zwalił się bokiem na prawe siedzenie i znieruchomiał. Blondyn szybko wysiadł i wsunął w żywopłot okrwawioną metalową rurkę, po czym zwymiotował w pobliżu. Wspólnymi siłami przesunęli bezwładne ciało w taki sposób, aby ciemnowłosy mógł swobodnie prowadzić. Nie spiesząc się skręcili w ulicę Krzemiemienną i niebawem zostawili za sobą ostatni budynek północnej dzielnicy. Miękkie smugi przednich świateł najpierw padały na popękany asfalt, później na betonowe, sześcioboczne płytki, by następnie ślizgać się po gliniastej drodze. W pewnej chwili zboczyli w lewo i wolno pojechali polną ścieżką.

Chyba jeszcze zanim zjechali z drogi, Grudkiewicz odzyskał przytomność. Napłynęła od razu pełną falą, jak gdyby ktoś w ciemnym pokoju nagle odsłonił okno zalane słońcem. Nogi jego były mocno przykurczone, a pod skronią i piersiami miał tapicerkę siedzenia. Momentalnie uzmysłowił sobie swoją sytuację. Pomimo bólu, który pulsował mu w głowie i jak rozpalona sztaba przylgnął do twarzy, myśli pracowały w nim precyzyjnie i ze spotęgowaną szybkością. Oni są przekonani, że jest martwy i na pewno wiozą go tam, gdzie mógłby długo przeleżeć nie zauważony. Nieznacznie otworzył prawe oko, zapuchnięte i oblepione krwią. Ciemnowłosy, gładko uczesany chłopak spokojnie prowadził. Jego szlachetny profil emanował powagą i pewnością siebie. Grudkiewicz wiedział, że musi spróbować uciec, a uciec może tylko samochodem. Najważniejsze, żeby wykorzystał odpowiedni moment.

Jasnowłosy, niewidoczny dla Grudkiewicza, garbił się w sposób właściwy człowiekowi wysokiemu i chudemu. Z pochyloną pobladłą twarzą zdawał się martwo spoglądać na swoje dłonie, okrwawione i bezwładnie leżące na kolanach. Wystające łopatki drżały mu przy każdym oddechu.

Niedaleko za miastem znajdowało się dosyć duże, nieczynne wyrobisko piasku. Było zarośnięte krzewami i rozmaitym zielskiem, a mieszkańcy pobliskich wiosek pozbywali się tutaj śmieci. W miejscu, w którym ścieżka ocierała się o południową krawędź wyrobiska, ciemnowłosy zahamował z taką – świadomą czy nieświadomą – gwałtownością, że jasnowłosy, rzucony do przodu, ocknął się z odrętwienia i rozejrzał przestraszony.

Grudkiewicz w napięciu oczekiwał chwili, gdy zostanie sam w samochodzie. Kiedy to nastąpiło, zerwał się, aby przede wszystkim pozamykać wóz od wewnątrz. To zerwanie się było oczywiście jedynie subiektywnym odczuciem jego przewrażliwionej świadomości, która właśnie pragnęła wielkiej dynamiki ruchów. Podkurczone nogi zdążyły mu już ścierpnąć, a ręce i górna część kręgosłupa okazały się nienaturalnie ciężkie. Mimo to spóźnił się minimalnie. Powietrze rozdarł krzyk jasnowłosego, który kątem oka zauważył, co się dzieje. Ciemnowłosy, dotąd spokojny i powolny, targnął się półobrotem w bok jak podrażniony wąż i szarpnął lewe przednie drzwi. Zbyt późno. Stawiły kamienny opór. Bez namysłu pociągnął za tylne. Zdążył. Wskoczył do wnętrza. Dotykając plecami dachu, przechylił się nad oparciem i palcami, niby żelaznymi szponami, wczepił w ramiona Grudkiewicza, który kurczowo przyciskał piersi do kierownicy, jakby wciąż istniała możliwość ucieczki. Nie mogąc ruszyć napiętych barków, twardych jak zakrzepły beton, ciemnowłosy ścisnął mu szyję mokrą od potu. Grudkiewicz zwalił się na siedzenia. Charcząc, miotając się, rzucając kolanami, odrywał, wyłamywał duszące palce, wyślizgiwał się spod paznokci i krzyczał, kiedy tylko mógł, a w końcu mocno zacisnął zęby na dłoni tamującej mu oddech. Jasnowłosy, dopiero gdy usłyszał nabrzmiały bólem i wściekłością wrzask kompana, otrząsnął się z osłupienia i pospieszył mu z pomocą. Grudkiewicz nadal zaciekle bronił się całym ciałem. Wręcz ze zwierzęcym instynktem wykorzystywał ciasnotę nadwozia i nieuporządkowaną, zajadłą szarpaninę trzech rąk, które usiłowały go zakleszczyć, zadusić, zmiażdżyć. Ale zaczęło mu brakować powietrza i szybko stracił siły. Wtedy udało się jasnowłosemu uchwycić jego nadgarstki i wykręcić je do łopatek. Wszyscy trzej ciężko dyszeli. Ciemnowłosy lewą ręką, bo prawa mu krwawiła od ugryzienia, sięgnął do kieszeni spodni i wyjął nieduży scyzoryk. Krzywo przechylony między oparciami, z przerażającym, szklanym blaskiem w ładnych oczach, posługując się przednimi zębami rozłożył ostrze. Następnie, trzymając trzonek w ustach, powoli rozsunął zamek w kurtce szarpiącego się na próżno Grudkiewicza, który nagle głośno i ochryple westchnął, szeroko otworzył oczy i nieruchomo zwiesił głowę. Jasnowłosy z niemałym trudem wyciągnął go z samochodu i zepchnął do wyrobiska. Jak szmaciana kukła stoczył się ze skarpy. Głucho trzasnęły drzwi. Głośniej zawarczał silnik. Samochodowe światła z wolna się oddaliły.

Cisza, poprzedzająca świt, stopniowo się pogłębiała. Gwiazdy po kolei znikały, ogarniane jasnością narastającą od wschodu. „Odjechali...” – pomyślał leżąc na wznak. Nie potrafił uwierzyć, że wciąż żyje. W czaszce wirował mu pusty szum, jakby staczanie się jeszcze nie ustało. Niepewnie poruszył ramieniem wykręconym pod plecy. Drugą rękę przyłożył do piersi. Koszula była tu całkiem mokra i lepka. Zbliżył zamoczoną dłoń do twarzy i obrócił przed oczami. W słabym świetle nadchodzącego brzasku lśniła jak umazana smołą. „Nie umiał mnie zabić. Nie trafił w serce. – myślał z gorzką satysfakcją. – Ale i tak wcześniej czy później wylatuję z gry. Jest mało prawdopodobne, żeby ktoś mnie tu znalazł, zanim się wykrwawię. Czemu muszę skończyć tak głupio? A co potem? Potem...” Tok jego myśli urwał się gwałtownie, jak gdyby w poprzek strumienia runęło potężne drzewo. Jednocześnie, nie wiadomo skąd, może z podglebia świadomości, wypłynęły dziecinne słowa połączone rymem i zaczęły rozbrzmiewać mu w duszy: „Razu pewnego poszły w las trzy gąski, szyjki białe, a bury wilk marzył w ten czas, żeby je połknąć całe”. Była to zwrotka pierwszego wiersza, którego Mariuszek nauczył się na pamięć. Przypomniał sobie wyraźnie jego radośnie wyprostowaną, szczuplutką postać, założone w tył ręce i dumnie uniesioną twarzyczkę, kiedy jednostajnym głosem, często gubiąc w oddechach poszczególne sylaby, łączył rymy z rymami. „Razu pewnego poszły w las trzy gąski, szyjki białe... Muszę się ruszyć... wstać... próbować się stąd wydostać... Chyba mam jeszcze dosyć sił” – pomyślał wypełniony nagłym przerażeniem. Wysunął spod siebie lewą rękę i, pokonując drewniany bezwład kręgosłupa, usiadł. Początkowo wydawało mu się, że ziemia się pod nim chwieje i gdzieś zapada. Oddychając z wysiłkiem przez rozchylone, wysuszone gorączką usta, przyklęknął, wstał chwiejnie i rozejrzał się po dnie wyrobiska. Pierwsze, szaroróżowe blaski świtu już tu docierały. Oblane nimi piaszczyste fałdy były porośnięte zwartymi kępami bylicy, pokrzywy i jasnoty, wśród których rozkładały się dorodne liście łopianu, barszczu i popłochu. Nad wszelkim tym zielskiem górowały krzewy głogu, obficie pokryte kwiatami przypominającymi świeży śnieg. Od liściastej gęstwy odcinały się gdzieniegdzie sterty przeróżnego gruzu, rdzewiejących puszek, osmalonych garnków, potłuczonych słoików, zużytych opon, potrzaskanych muszli klozetowych, papierowych worków ze skamieniałym cementem i szmat nasiąkniętych olejem. Dalej, za krzewami, szarzały przeciwległe stoki. Musiał tam być jakiś łagodny wjazd. Ale przejście przez te wertepy, jeśliby w ogóle zdołał to zrobić, zajęłoby zbyt wiele czasu. Daleko by potem nie uszedł.

Do końca zapiął kurtkę, aby nie podrażniać rany, i ruszył ku skarpie, z której go zrzucono. Sięgając wysokości drugiego piętra i przypominając wewnętrzną ścianę olbrzymiej misy, naprawdę stroma stawała się dopiero u samej góry. Przygotowany na ostry ból, rozpoczął upartą wędrówkę wzwyż. Wędrówka ta, jak przewidywał, była coraz trudniejsza, jak gdyby na jego barki dokładano niewidzialne ciężary. Ale już uwierzył, że ma jeszcze jakąś szansę. Nieustępliwie szukał butami i dłońmi jakiegokolwiek zaczepienia, wbijał palce w wilgotną glinę i łamał paznokcie na żwirze. W miarę jak nachylenie stoku rosło bardzo pomocne okazywały się rośliny. Chwytał je całymi garściami. Niektóre z chrzęstem wyrywał, inne wytrzymywały i posuwał się wyżej. Wreszcie przyszło mu pokonać najtrudniejszą przeszkodę – wysoki na metr, osypujący się i prawie pionowy stopień. Kto wie, czy by sobie poradził, gdyby nie głóg rosnący w pobliżu. Uważając, żeby nie utracić bezpiecznego przywarcia do skarpy, nieco zesunął kurtkę z prawego ramienia i naciągnął rękaw na dłoń. Tak osłoniętą ręką pochwycił trzy najbliższe gałęzie otulone białą pianą kwiatów. Wiedząc, że kolce i tak go dosięgną, zacisnął zęby, wstrzymał oddech i podciągnął się ponad krawędź wyrobiska. Zrobił jeszcze kilka ruchów nogami, przekręcił się na plecy i z ulgą poczuł pod sobą poziomy grunt. Cały zlany potem, łapczywie wdychał chłodne, poranne powietrze.

Niebo rozciągało się nad nim tak szeroko jak nigdy dotąd. Było on przeniknięte turkusowym światłem, a jedynie na dalekich, zachodnich obrzeżach nadal broniły się granatowe strzępy nocy z ostatnimi gasnącymi gwiazdami. Wiedział, że teraz musi przejść sto kilkanaście metrów do ulicy Krzemiennej, a ulicą Krzemienną musi dojść do stojącego przy niej, starego i dziwnego domu, bo ten właśnie dom był znacznie bliższy niż miasto. Z pewnością ktoś mu otworzy. Żeby nie tracić czasu, już po chwili oderwał tułów od ziemi. Ból przeszył go aż po krtań. Zaciskając szczęki, stanął na chwiejnych nogach. Przygarbiony, z dłonią przyłożoną do lewej piersi, ze spuszczoną głową mokrą od potu, zaczął nisko wlec stopę za stopą. Przypominał niewolnika orzącego kamienistą rolę. „Za wszelką cenę muszę utrzymać równowagę... Nie dać się bólowi... Chyba mocniej krwawię... Ale nie dam się i jakoś wytrzymam... Czemu miałbym nie wytrzymać?.. Miałem rację... Będzie piękny słoneczny dzień... Oby tylko do Krzemiennej, a potem do tamtego domu... do drzwi... I zadzwonić... – myśli niepostrzeżenie zbierały mu się na spękanych, rozchylonych wargach i wkrótce zmieniały w słowa wymawiane chropawym, ledwo dosłyszalnym głosem i przerywane szemrzącymi oddechami. – Trzymać równowagę... Trzymać... Zdaje się, że zostawiam ślad... łowiecki... Jeśli mnie później znajdą... będą wiedzieć... że przeszedłem stąd aż dotąd... I wszystko... I nic więcej... bo papiery zostały w samochodzie... Znajdą mnie i powiedzą... Przeszedł stąd aż dotąd... I nic poza tym... Ale nie... Nie znajdą... Wytrzymam... Dojdę i zadzwonię...”

Ścieżka nareszcie połączyła się z drogą, czyli z ulicą Krzemienną. Wstąpiwszy na nią, potknął się i upadł, chociaż akurat tu nie było żadnego zdradliwego kamienia. Czołem niemal uderzył w glinę, a oczy zaszły mu łzami. Podparł się rękami i, chciwie oddychając, usiadł bokiem. Obojętnym spojrzeniem ogarnął miasto. Leżało w dole, w przymglonym oddaleniu, podobne do rozległej, szarej makiety, jeszcze opustoszałe, ciche, uśpione. Jak na dłoni widoczne były poszczególne kamienice z brudnymi, kanciastymi dachami, siatka ulic i korony nielicznych drzew północnej dzielnicy. Wiedział, że ta bliskość jest złudzeniem wywołanym spadkiem terenu i że od najbliższych miejskich budynków dzieli go sześćset, może siedemset metrów, których przejść już nie byłby w stanie. Obrócił się i skierował wzrok na północny zachód, gdzie na łagodnie wypukłej linii wzgórza stała samotnie, niby porzucony klocek, czerwonawa bryłka domu. Znajdując chwiejny punkt równowagi, podniósł się ciężko. Znowu przegięty wpół, jak gdyby ciągnąc niewidzialny pług, powlókł się niedołężnie. Z każdą minutą był coraz mocniej rozchwiany i pochylony. Często kroki plątały mu się zygzakowato i musiał się całą siłą woli bronić przed upartym zbaczaniem w lewo. Ból trochę w nim zelżał, przemieniając się stopniowo w coś tępego i drętwego. Ale dom z czerwonej cegły przybliżał się nieprzerwanie. Z początku najwyraźniejsze były rosnące przy nim topole. Ich strzeliste wierzchołki tonęły w czerwieni budzącego się dnia i, wbrew swej naturze, nie chwytały nawet najlżejszego wiatru. Potem całkiem dobrze było widać rozmieszczone symetrycznie okna oraz szyby półkolistej werandy, napełnione blaskami świtu i układające się w siateczkowaty wzór podobny do żyłek na skrzydle ważki.

Droga zaczynała się już upodabniać do zwykłej polnej ścieżki. Przybywało jej kolein wyrytych przez deszcze. Grudkiewiczowi zdawało się, że traci ona naturalną sztywność, stając się czymś elastycznym i chybotliwym jak brezent rozpięty na ramach albo jak sznurowy most wiszący nad przepaścią. Po raz drugi źle postawił stopę i gwałtownie przewrócił się na lewe ramię. Nie odczuł jednak ani dynamiki tego upadku, ani bólu. Przeciwnie, czuł, że upada niezwykle wolno i miękko, w jakimś – graniczącym z ciszą – dalekim poszumie, z taką łagodnością, z jaką płatek śniegu spada na puszystą, śnieżną wydmę. Połową opuchniętej, gorącej twarzy przylgnął do wilgotnej ziemi. Pod ciężkimi powiekami tańczyły mu fioletowo-czarne strzępki. Uniósł czoło i zobaczył, że od upragnionych drzwi dzieli go nie więcej niż pięćdziesiąt metrów. Łokcie skierował ku górze, dłonie oparł na glinie i raz jeszcze się podniósł. Zaledwie zrobił krok, nogi samoistnie się pod nim ugięły i osunął się na kolana. Pragnął krzyczeć, wołać jak najgłośniej, lecz był już zbyt słaby, by wypowiedzieć choćby jedno słowo. Więc tylko bezgłośnie poruszał suchymi wargami i uparcie wpatrywał się w stojący naprzeciw niego dom. Wydawało się, że wołającym spojrzeniem usiłuje przeniknąć do głębi czerwień ścian, niewzruszenie milczące okna oraz werandę, która – niby ogromne, wypukłe zwierciadło – odbijała pierwsze promienie wschodzącego słońca. Gdy również na to zabrakło mu siły, położył się na bok pośrodku rozświetlonej porankiem drogi, kładąc rękę pod prawą skroń. Wszelkie jego myśli leniwie zastygały i rozpraszały się bez najmniejszego lęku. Nie stawiając jakiegokolwiek oporu, pozwalał odpływać świadomości, przekonany, że oto spokojnie zasypia w drewnianym dziecinnym łóżeczku, zrobionym przez ojca trzydzieści siedem lat temu.

III.

Trzeba było nieustępliwego naciskania dzwonka, żeby tamtego majowego poranka obudzić Konstancję Malicką. Nagrzane snem stopy wsunęła w pantofle obszyte króliczym futerkiem, włożyła pikowany, jasnozielony szlafrok, pospiesznie ułożyła rozczochrane, perłowobiałe włosy i wyszła do holu. Spojrzała przez wizjer, przekręciła dwa solidne zamki i niepewnie otworzyła drzwi. Za progiem stał wysoki, otyły policjant o łagodnych, piwnych oczach. Przeprosił za zakłócenie snu i zaczął spokojnie mówić o czymś, czego zupełnie nie rozumiała. Przytrzymując koronkowy kołnierz szlafroka, patrzyła ze zdumieniem na okrągłą, starannie ogoloną twarz. Gdyby w promieniu kilkuset metrów znajdował się inny dom, sądziłaby, że pomylono adres.

– Co się stało? Nic nie rozumiem – powiedziała. – Proszę wejść. Mógłby pan wszystko powtórzyć?

Policjant wszedł i z takim samym spokojem powtórzył prawie każde słowo:

– Jakiś mężczyzna zawiadomił telefonicznie nas i pogotowie. Twierdził, że przed tym domem jest ktoś potrzebujący natychmiastowej pomocy. Nie powiedział, skąd dzwoni, ani nie podał swojego nazwiska. Mamy obowiązek sprawdzać wszystkie takie zawiadomienia. Pojechaliśmy i rzeczywiście leżał tutaj młody, ciężko ranny człowiek, prawdopodobnie ofiara napadu. Jeszcze trochę, a całkiem by się wykrwawił. Teraz chyba da się go uratować.

– Wybaczy pan, ale wciąż trudno mi cokolwiek zrozumieć – rzekła pełna zdumienia. Nadal jednak jej wysoką prostą sylwetkę cechowało szlachetne opanowanie. – Mówi pan, że tamten ranny człowiek leżał przed tym domem?

– Tak. Jakieś czterdzieści metrów stąd. Zostały ślady krwi.

– Czy coś o nim wiadomo? Jak się tu znalazł?

– Na razie nic nie wiemy. Był nieprzytomny i nie miał dokumentów.

– Jest pan pewny, że telefonował mężczyzna?

– Wiadomość, niestety, się nie nagrała, ale dyżurny bez wątpienia słyszał męski głos.

– No i uważa pan, że telefonowano z tego domu... Zresztą sama bym tak myślała. To przecież najbardziej prawdopodobne.

– Popełniono poważne przestępstwo. Należy wyjaśnić wszystkie okoliczności. Schwytać sprawcę albo sprawców. Muszę zadać kilka pytań osobie, która nas zawiadomiła. Być może jest istotnym świadkiem. Wykonuję tylko swoje obowiązki. Na pewno to pani rozumie – oświadczył z równym, łagodnym naciskiem.

– Naturalnie, że rozumiem. W domu są dwaj mężczyźni – mój syn i mąż. Obaj na górze. Proszę – skierowała się ku schodom. – Syn zwykle śpi wyjątkowo mocno, ale jedynie on mógł zadzwonić, bo mąż jest od blisko trzydziestu lat sparaliżowany.

Na piętrze najpierw zapukała, a potem miękko wsunęła się do pokoju, w którym jej syn i synowa pogrążeni byli we śnie. Policjantowi, stojącemu w taktownej odległości od drzwi, zdawało się, że przeszła przez nie jak duch, wcale ich nie otwierając. Wyszła po chwili, a za nią zjawił się czterdziestoletni, szpakowaty mężczyzna w niedbale przewiązanym, białym szlafroku i w zielonych, rozepchanych łapciach. Policjant z właściwą sobie, spokojną precyzją wytłumaczył mu, o co chodzi. Edward Malicki szeroką, owłosioną dłonią pocierał twarz zapuchłą od snu i niezdarnie walczył z ziewaniem.

– Nie, nie dzwoniłem. Spałem. Niczego innego nie można ode mnie wymagać w niedzielę o piątej rano – wyznał, podrapał się w szyję i ziewnął przeciągle. – Mówi pan, że tamten człowiek sam przyszedł?

– Tego nie powiedziałem, ale wszystko na to wskazuje.

– Jak wygląda?

– Średniego wzrostu, krótkie, czarne, kręcone włosy.

– Znam paru o takich włosach, ale wszyscy są wysocy – rzekł po następnym ziewnięciu. Usłyszał spokojne przeprosiny i wrócił do ciepłego łóżka, gdzie czekały na niego zaniepokojone, pytające oczy żony.

Policjant zamierzał już zejść z pierwszego schodka, gdy aż do ramion znieruchomiał.

– Mógłbym zobaczyć pani męża? – poprosił.

– Chyba nie przypuszcza pan, że tak po prostu wstał, zszedł do holu, zadzwonił i znowu pokonał te strome schody?

– Chcę go tylko zobaczyć.

– Proszę za mną. Jest na werandzie.

– Na werandzie?

– Zżył się z tym miejscem.

– Umie mówić?

– Nie.

Szklane drzwi otworzyła jak najciszej. Malicki trwał w półleżącej pozycji, starannie okryty śnieżnobiałymi kocami. Nie spał. Jego jasna twarz zawierała w sobie dziwną lekkość i przepaścisty spokój. Spojrzeniem czarnych oczu przywarł do południowego horyzontu. Stanęła przy nim z prawej strony i płynnym ruchem ujęła jego chłodną, bezwładną dłoń.

– Stasiu, przyszedł pan funkcjonariusz... – powiedziała, kładąc specyficzny nacisk na słowie „funkcjonariusz”. Skierował na nią migotliwe źrenice zlewające się z czarnymi tęczówkami. – Rozumiem, wszystko widziałeś i jesteś bardzo poruszony całą tą sprawą. Zaraz do ciebie przyjdę – dodała uspokajająco, jakby wcale nie dostrzegając, że żadnego niepokoju w nim nie było.

Spuścił wysuszone, starcze powieki i wówczas rysami twarzy nie wyrażał już nic, jak gdyby wszedł za kotarę. A jego ręka, ogrzana dłonią żony, została na kocu, dokładnie w tym miejscu, w którym leżała poprzednio. Nawet ułożenie bezwładnych palców – przypominające wklęsłą łagodnie muszlę – pozostało takie samo, niezmienione od lat. Policjant przyglądał się wszystkiemu uważnie, stojąc tuż przy szklanych drzwiach.

– Macie osobliwy problem z tym telefonem – napomknęła w połowie schodów.

– Nasz główny problem to schwytanie przestępców. Ale prawdę mówiąc, po raz pierwszy spotykam się z tak niezwykłą sprawą – powiedział.

W holu pożegnał się uprzejmie i opuścił dom. Konstancja spoglądała przez firankę, jak odchodzi. Przesunęła trochę chodniczek przy schodach i wróciła na piętro. Na chwilę zatrzymała się przed drzwiami sypialni, zasłuchana w panujący za nimi głęboki małżeński sen, i weszła na werandę. Wszystko było tu zanurzone w miękkiej jak aksamit ciszy i wypełnione różowawym, krystalicznie przejrzystym światłem.

Jasna twarz Malickiego nadal trwała w milczącej nieobecności, skupiającej się na zamkniętych powiekach. Wydawała się utworzona w całości z czegoś nieważkiego, świetlistego, wręcz niematerialnego. Zdawało się, że najlżejszy pyłek nie znalazłby na niej oparcia. Gładki i śnieżnobiały koc na jego piersi ledwo zauważalnie wznosił się i opadał, poruszany tym rodzajem oddechu, który towarzyszy głębi spokojnego snu. Konstancja wiedziała jednak, że on nie śpi i że obserwuje słuchem każde jej poruszenie i stąpnięcie.

Stanęła przed ścianą z rozmaitej wielkości szyb połączonych wąskimi ramkami. Dlaczego czasem nawet widok z własnego domu zaskakuje czymś zupełnie nowym? Łąki, przecięte brudnożółtą drogą, były jakoś po nowemu srebrzystoszare od nocnego deszczu. Krzewy głogu i czarnego bzu wypuszczały wyjątkowo długie, niemal czarne cienie, które jakby pragnęły się oderwać od materialnych zaczepów i pomknąć ku zachodowi. A niebo lśniło nigdy przedtem nie widzianym odcieniem błękitu aż po sam horyzont.

– Będziemy mieli piękny dzień, Stasiu – rzekła, ciągle zapatrzona w krajobraz za szybami. – Jeszcze nie widziałam tak czystego nieba. Wczoraj pod wieczór zanosiło się na burzę. W nocy pewnie przeszła, prawda? Spałam twardo i nie słyszałam grzmotów. Nie było ci chłodno? – odwróciła się i zbliżyła do niego. Jej spojrzenie natychmiast znieruchomiało na jego teraz otwartych oczach, patrzących spokojnie, bez jakiegokolwiek ruchomego błysku. – Wiem, wiem... Powinnam się jeszcze położyć. Zaraz pójdę do łóżka, ale nie wiem, czy usnę.

Pochyliła się i zaczęła poprawiać okrywające go koce, jakby mogły się przez noc samoistnie rozluźnić. Lecz tuż przy miękkim, specjalnie wygiętym podnóżku róg i brzeg koca były jakoś nierówno założone. A przecież zawsze jak najstaranniej otulała mu stopy, bo szybko marzły, i była pewna, że ostatnio zrobiła to równie starannie. Po dawnemu więc, ściśle i gładko, owinęła jego nogi. Odeszła bezszelestnie. Ale nie zeszła ze schodów. Z palcami na dębowej poręczy, przystanęła, a dziwny cień przemknął po zmarszczkach na jej twarzy. Wróciła powolnym krokiem i usiadła na wiklinowym krześle blisko męża, kładąc na kolanach swoje pomarszczone, lecz wciąż szlachetnie ukształtowane dłonie. Przez ponad trzy minuty siedziała tak – milcząca i nieruchoma – a poranne słońce rozpalało miedzianozłote blaski na jej perłowobiałych włosach i pikowanym szlafroku. Patrzył na nią łagodnym i pozbawionym wszelkiej migotliwości wzrokiem, spodziewając się, co od niej usłyszy.

– I co mam teraz zrobić, Stasiu? Jak mam z tym żyć? To mnie przerasta... – powiedziała cicho, z lekka tylko pochylając głowę.

W jego spokojnych oczach wyczytała odpowiedź i zarazem prośbę: „Niech zostanie to między nami. Potraktujmy to jako coś, co nigdy naprawdę nie zaistniało. Tak będzie najlepiej dla nas i dla domu”.

– Tak będzie najlepiej – powtórzyła i z wolna się uspokoiła, czując, że wszystko zaczyna się w niej stopniowo porządkować.

Jeszcze w tym roku, w sierpniu, wkrótce po wypisaniu Grudkiewicza ze szpitala, stary Malicki umarł. Stało się to nocą niepostrzeżenie dla domowników i chyba też dla niego samego. Miasto nie zauważyło tej śmierci podobnie jak nie zauważało Malickiego, gdy przez ćwierć wieku był sparaliżowany.

Dom z czerwonej cegły stał niezmiennie na wzgórzu za miastem, otoczony ciszą i olbrzymimi topolami. Zmieniła się tylko jego dziwaczna weranda, bo odtąd pozostała sama z sobą i z tajemnicą.

Copyright © 2012– Ludwik Błyszczak